The Beatles

Do czego służy pudełko po cygarach

Wśród wielu okazji do świętowania i wszelkich jubileuszy, wypełniających karty zeszłorocznego kalendarza, mogła nam umknąć rocznica zupełnie nie-polityczna, nie-ideologiczna i w ogóle niezbyt obarczona patosem. Ale bardzo ważna dla kultury, zaś dla muzyki... Tu można by wręcz klasnąć z entuzjazmu! Niespodziewanie minęło już bowiem pół wieku od ukazania się Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band Beatlesów – jednej z najważniejszych płyt w historii, albumu, który zmienił wszystko i od lat króluje na liście „Rolling Stone's” definitive list of the 500 greatest albums of all time.

Warto może przy tej okazji zapytać, jak wyglądały początki zespołu, który wydał taki krążek. Jaką drogę musiał pokonać?

Wiele już napisano o tym, jak The Beatles grali w ścisku na niewielkiej scenie rockandrollowego klubu The Cavern w Liverpoolu. Chciałbym jednak przypomnieć czasy jeszcze wcześniejsze, gdy Beatlesi nie nazywali się jeszcze Beatlesami, zaś Cavern Club nie był ani trochę rockandrollowy. W latach 50. w Wielkiej Brytanii wielką popularnością cieszył się natomiast nurt skiffle: sztuka tworzenia nie byle jakiej muzyki na byle czym.

Skiffle, gatunkowo rzecz biorąc, był czymś w rodzaju połączenia jazzu, bluesa i muzyki folkowej. Od strony technicznej z kolei stanowił fuzję balii, kija od szczotki oraz pudełka po cygarach. Zamiast przytaczać encyklopedyczne hasła, spróbuję oddać istotę niezwykłego nurtu poprzez krótką prezentację przykładowych instrumentów wykorzystywanych powszechnie przez zespoły skifflowe:

Washtub bass – jak wskazuje nazwa, był to instrument z balii, do której przymocowywano kij albo inne narzędzie, stanowiące gryf, na którym rozpięty był sznur. Dźwięki wydawane przez ,,potrącany” sznur, rezonując w balii, przybierały postać pięknych, blaszanych basów.

Tea-chest bass – można powiedzieć: wariant powyższego. Tym razem jednak rolę pudła rezonującego pełniła duża skrzynia po herbacie. Instrumenty, choć podobne, były jednak od siebie tak różne, jak różne są właściwości akustyczne blachy i drewna. W analogicznej funkcji używano także kija od szczotki.

Washboard – nazwa i tym razem nie zwodzi na manowce, mowa po prostu o zwykłej tarce do prania. Wystarczyło opanować subtelną sztukę przejeżdżania po niej drewienkiem albo innym przedmiotem, by zamieniła się w znakomity substytut… czego? Co ja piszę, tarka do prania to wartość sama w sobie, niepowtarzalna. Tarka nadawała muzyce skifflowej rytm.

Nawiasem mówiąc, współcześnie wciąż da się spotkać muzyków ulicznych, wykorzystujących tarki, a także inne instrumenty typowe dla skifflowego repertuaru: słoiki różnych kształtów i wielkości, które wprawny dmuchacz potrafi zamienić we Fletnię Pana, a także piła do cięcia drewna – odpowiednio wyginana może wyciąć niezły kawałek bez ani jednej drzazgi.

Last but not least, moje ulubione:

Cigar box fiddle – prawdziwe arcydzieło skifflowej myśli inżynierskiej, której tradycja wydała być może jakichś Stradivarich. Kto jednak dowiedział się już od kontrabasie z blaszanej balii, tego zapewne nie zdziwi informacja o skrzypcach zrobionych z pudełka po cygarach. Czy można wyobrazić sobie doskonalszą postać recyklingu?

Na pierwszym planie 15-letni Lennon, obok niego po prawej wirtuoz tarki Pete Shotton, na prawo od Shottona wsparty na kiju od tea-chest bass Len Garry

Dlaczego o tym piszę?

Otóż gdy skiffle osiągnął apogeum popularności w Stanach, epidemia zaczęła ogarniać szersze kręgi kulturowe i geograficzne, przemierzając rychło ocean. W Wielkiej Brytanii nurt przyjął się równie dobrze, jak w swej kolebce. W 1957 roku w Liverpoolu John Lennon założył grupę skifflową The Quarry Men, która dopiero trzy lata później zmieniła nazwę na The Silver Beetles, by wreszcie ustalić ostateczną wersję, znaną dziś każdemu dobrze wychowanemu dziecku: The Beatles.

Beatlesi zaczynali jako reprezentanci nurtu skiffle, nie znali notacji muzycznej, nie byli profesjonalistami po szkołach, ale kochali muzykę, choćby pochodziła nawet z pudełka po cygarach. Skiffle definiował ich początki i klimat, w jakim dorastali jako artyści. Choć John Lennon, Paul McCartney czy George Harrison grali przede wszystkim na gitarach, w ich zespole basy dobywał z pokaźnej skrzyni po herbacie Len Garry, zaś Pete Shotton odpowiedzialny był za tarę. Miłość do wspólnego grania i zabawy była wśród nich bardzo silna, czasami wręcz nazbyt: gdy Shotton wyznał podczas jednej z imprez, że muzykowanie nie sprawia mu wielkiej radości, wściekły Lennon rozbił nieszczęsną tarkę na jego głowie… Shotton opuścił zespół, ale obaj twórcy pozostali przyjaciółmi.

Do dziś w muzeum Beatlesów w Liverpoolu można podziwiać stare instrumenty należące do członków zespołu we wczesnych etapach ich kariery, gdy nagrywali już w studio pod swoją właściwą nazwą – są zadziwiająco skromne i proste.

Zanim ta niezwykła pasja przerodziła się w nagrania studyjne, wydawanie płyt i podbijanie list przebojów, musiało upłynąć jeszcze dużo wody w rzece Mersey. Gdy jedna z czołowych wytwórni płytowych XX wieku zgodziła się na przesłuchanie, Beatlesi mieli pełne prawo mieć nadzieję, że chwycili Boga za nogi. Decca ich odrzuciła, więc wrócili do domu z niczym, prócz rozczarowania. Wydarzenie to trwa we wdzięcznej pamięci kolejnych pokoleń jako prawdopodobnie największa pomyłka w historii branży rozrywkowej.

„Skifflowa” historia Beatlesów mówi wiele o ich fenomenie. Zespół ewoluował w niesłychanym tempie, eksperymentując z orientalnymi i psychodelicznymi brzmieniami oraz wyznaczając zupełnie nowe kierunki w rozwoju muzyki rozrywkowej. Zachował jednak swoją skifflową duszę: miłość do muzyki w jej najprostszej, nagiej wręcz, odartej z wszelkich ornamentów postaci. Myślę, że ta właśnie miłość oraz zdolność do nieustannej zabawy muzyką zapewniły Beatlesom świeże brzmienie w każdym albumie, uchroniły ich przed rutyną albo popadnięciem w zbytni patos i manierę.

Beatlesi przetarli też inny szlak. I nie chodzi mi tu o żaden konkretny kierunek w rozwoju muzyki. Każdy początkujący, napotykający liczne trudności artysta powinien pamiętać, że jeden z największych zespołów w historii zaczynał od sznurka rozpiętego na kiju, pudełka po herbacie i kilku bardzo prostych gitar. Oraz prztyczka w nos od wielkiej wytwórni, która potem długo, długo żałowała tego prztykania...